Polski

Księga VII – Wyznania św. Augustyna

Spis treści

Umarła już owa moja zła i odrażająca młodość, a ja wkraczałem w wiek męski; im więcej przybywało mi lat, tym bardziej kalały mnie rzeczy próżne, bo nie umiałem wyobrazić sobie żadnej substancji poza taką, jaką zwykło się oglądać tymi oczyma. Nie myślałem o Tobie, Boże, pod postacią ludzkiego ciała; odkąd zacząłem słyszeć cokolwiek o mądrości, zawsze tego unikałem i cieszyłem się, że to samo odnalazłem w wierze naszej duchowej matki, Twojego Kościoła katolickiego. Nie wiedziałem jednak, jak inaczej mam Cię pojmować. I ja, człowiek, i to taki człowiek, usiłowałem pojąć Ciebie, Boga najwyższego, jedynego i prawdziwego; wierzyłem też w głębi duszy, że nie podlegasz zepsuciu ani uszczerbkowi i jesteś niezmienny; bo choć nie wiedziałem, skąd ani w jaki sposób, widziałem jednak jasno i byłem pewien, że to, co może ulec zepsuciu, musi być niższe od tego, co mu ulec nie może; bez wahania przedkładałem to, co nie może doznać uszczerbku, nad to, co może go doznać, a to, co niezmienne, nad rzeczy podlegające zmianie. Moje serce gwałtownie wołało przeciw wszystkim moim urojeniom i tym jednym uderzeniem usiłowałem odpędzić sprzed oka mojego umysłu całą tę nieczystą zgraję, która wokół niego brzęczała. A oto ledwie je odpędziłem, w mgnieniu oka znów gęsto mnie otaczały, rzucały mi się w twarz i przesłaniały ją chmurą; tak że choć nie pod postacią ludzkiego ciała, czułem się jednak zmuszony wyobrażać sobie Ciebie — niepodlegającego zepsuciu ani uszczerbkowi i niezmiennego, którego przedkładałem nad to, co podlega zepsuciu, uszczerbkowi i zmianie — jako istniejącego w przestrzeni, czy to przenikającego świat, czy też rozciągającego się bez końca poza nim. Cokolwiek bowiem pojmowałem, pozbawione tej przestrzeni wydawało mi się niczym, zgoła niczym, nawet nie pustką; gdyby bowiem usunąć ciało z jego miejsca, a miejsce to pozostałoby wolne od wszelkiego ciała, od ziemi i wody, powietrza i nieba, nadal byłoby pustym miejscem, jakby przestrzenną nicością.

Mając wówczas serce tak ociężałe i nie rozumiejąc nawet samego siebie, uważałem za zupełną nicość wszystko, co nie rozciągało się w jakiejś przestrzeni, nie było rozproszone ani skupione, nie miało objętości albo nie miało i nie mogło przyjąć któregoś z tych wymiarów. Po takich bowiem kształtach, po jakich zwykły błądzić moje oczy, błądziło wtedy moje serce; nie dostrzegałem jeszcze, że sam ów akt umysłu, którym tworzyłem te obrazy, nie był tego rodzaju, a przecież nie mógłby ich tworzyć, gdyby sam nie był czymś wielkim. Tak też usiłowałem wyobrażać sobie Ciebie, Życie mojego życia, jako niezmierzonego, przenikającego całą masę wszechświata poprzez nieskończone przestrzenie we wszystkich kierunkach, a poza nią rozciągającego się na wszystkie strony przez niezmierzone, bezkresne przestworza; tak iż ziemia miała Ciebie w sobie, niebo miało Ciebie w sobie i wszystko miało Ciebie w sobie, a wszystko było ograniczone w Tobie, Ty zaś nigdzie nie byłeś ograniczony. Jak bowiem masa powietrza znajdującego się nad ziemią nie przeszkadza światłu słonecznemu przez nią przechodzić i jej przenikać, nie przez rozrywanie czy rozcinanie, lecz przez całkowite jej wypełnienie, tak też sądziłem, że nie tylko cielesna substancja nieba, powietrza i morza, lecz również ziemi jest dla Ciebie przenikliwa, tak iż we wszystkich swoich częściach, największych i najmniejszych, przyjmuje Twoją obecność, a Ty tajemnym tchnieniem, od wewnątrz i z zewnątrz, kierujesz wszystkim, co stworzyłeś. Tak snułem domysły, jedynie dlatego, że nie umiałem wyobrazić sobie niczego innego; było to bowiem fałszywe. W takim razie większa część ziemi zawierałaby większą część Ciebie, a mniejsza — mniejszą; wszystko zaś byłoby tak Tobą wypełnione, że ciało słonia zawierałoby Ciebie więcej niż ciało wróbla, o tyle, o ile jest większe i zajmuje więcej miejsca; w ten sposób poszczególne części samego siebie uobecniałbyś w poszczególnych częściach świata, we fragmentach: wielkich w wielkich, drobnych w drobnych. Ty jednak taki nie jesteś. Lecz jeszcze nie rozświetliłeś moich ciemności.

Wystarczało mi, Panie, przeciwstawić owym zwiedzionym zwodzicielom i niemym gadułom — bo nie rozbrzmiewało z ich ust Twoje słowo — to, co już dawno, gdy byliśmy jeszcze w Kartaginie, zwykł przedkładać Nebrydiusz, a co wprawiało w osłupienie nas wszystkich, którzy tego słuchaliśmy: „Ów naród ciemności, który manichejczycy zwykli przedstawiać jako wrogą masę stojącą naprzeciw Ciebie, cóż mógłby Ci uczynić, gdybyś odmówił podjęcia z nim walki? Gdyby bowiem odpowiedzieli: «Wyrządziłby Ci jakąś szkodę», wynikałoby z tego, że jesteś podatny na zranienie i skażenie. Jeśli zaś nie mógłby Ci wyrządzić żadnej szkody, nie byłoby powodu, byś z nim walczył; i to walczył w taki sposób, że jakaś cząstka czy członek Ciebie albo zrodzone z samej Twojej substancji potomstwo miałoby się zmieszać z wrogimi mocami i naturami, których Ty nie stworzyłeś, i zostać przez nie tak dalece skażone i zmienione na gorsze, iż ze szczęścia popadłoby w nędzę i potrzebowało pomocy, aby mogło zostać wyzwolone i oczyszczone. Tym zaś potomstwem Twojej substancji miałaby być dusza, którą — zniewoloną, splamioną i skażoną — miałoby wspomóc Twoje Słowo, wolne, czyste i nienaruszone; przy czym samo to Słowo nadal byłoby podatne na skażenie, ponieważ pochodziło z jednej i tej samej substancji. Jeśli więc twierdziliby, że Ty, czymkolwiek jesteś, to znaczy Twoja substancja, dzięki której jesteś, nie podlegasz skażeniu, wówczas wszystkie te twierdzenia byłyby fałszywe i godne potępienia; jeśli zaś podlegasz skażeniu, już samo to twierdzenie ujawniałoby swój fałsz i budziło odrazę”. Ten zatem argument Nebrydiusza wystarczał przeciwko tym, którzy zasługiwali jedynie na to, by ich zwymiotowano z przepełnionego żołądka; nie mieli bowiem żadnego wyjścia, które nie prowadziłoby do straszliwego bluźnierstwa serca i języka, skoro tak o Tobie myśleli i mówili.

Ja jednak nadal, choć uznawałem i byłem głęboko przekonany, że Ty, Panie nasz, Boże prawdziwy, który stworzyłeś nie tylko nasze dusze, lecz także nasze ciała, i nie tylko nasze dusze i ciała, lecz wszystkie istoty i wszystkie rzeczy, nie możesz ulec splamieniu ani przemianie i w żadnej mierze nie podlegasz zmianie, nie pojmowałem jeszcze jasno i bez trudności przyczyny zła. A jednak, jakakolwiek by ona była, rozumiałem, że należy jej szukać w taki sposób, który nie zmuszałby mnie do wiary, iż niezmienny Bóg jest zmienny, abym sam nie stał się tym złem, którego przyczyny dociekałem. Szukałem jej więc, przynajmniej pod tym względem wolny od niepokoju, pewien fałszu nauk tych ludzi, od których odwracałem się całym sercem. Widziałem bowiem, że dociekając pochodzenia zła, sami napełniali się złem, ponieważ woleli sądzić, iż Twoja substancja doznaje zła, niż że ich własna je popełnia.

Usilnie starałem się też pojąć to, co teraz słyszałem: że wolna wola jest przyczyną tego, iż czynimy zło, a Twój sprawiedliwy sąd — tego, iż zła doznajemy. Nie potrafiłem jednak jasno tego rozeznać. Gdy więc usiłowałem wydobyć wzrok mojej duszy z owej głębokiej otchłani, znowu się w niej pogrążałem; i ilekroć ponawiałem wysiłek, tylekroć znów w nią zapadałem. Lecz ku Twemu światłu podnosiło mnie nieco to, że równie pewnie wiedziałem, iż mam wolę, jak wiedziałem, że żyję. Kiedy więc czegoś chciałem albo nie chciałem, byłem zupełnie pewien, że to nie kto inny, lecz ja sam tego chcę lub nie chcę; i już niemal dostrzegałem, że właśnie w tym tkwi przyczyna mojego grzechu. W tym zaś, co czyniłem wbrew własnej woli, widziałem raczej coś, czego doznaję, niż coś, co sam czynię, i uważałem to nie za swoją winę, lecz za karę. Ponieważ jednak uznawałem Cię za sprawiedliwego, od razu wyznawałem, że nie jestem karany niesprawiedliwie. Lecz znów pytałem: Kto mnie stworzył? Czy nie mój Bóg, który nie tylko jest dobry, lecz jest samą dobrocią? Skąd więc wzięło się we mnie to, że chcę zła, a nie chcę dobra, tak iż słusznie ponoszę taką karę? Kto to we mnie umieścił i zaszczepił we mnie tę roślinę goryczy, skoro całego mnie ukształtował mój najsłodszy Bóg? Jeśli sprawcą był diabeł, skąd pochodzi sam diabeł? A jeśli i on przez własną przewrotną wolę z dobrego anioła stał się diabłem, skąd z kolei wzięła się w nim owa zła wola, przez którą stał się diabłem, skoro cała natura aniołów została stworzona przez owego najlepszego Stwórcę? Takie myśli znów mnie pogrążały i dławiły; nie strąciły mnie jednak do owego piekła błędu, gdzie nikt Ciebie nie wyznaje, abym wolał sądzić, że Ty doznajesz zła, niż że człowiek je czyni.

Starałem się bowiem dociec pozostałych rzeczy jako ktoś, kto już odkrył, że to, co niezniszczalne, musi być lepsze od tego, co zniszczalne; dlatego też wyznawałem, że Ty, czymkolwiek jesteś, jesteś niezniszczalny. Żadna bowiem dusza nigdy nie była ani nie będzie zdolna pomyśleć o czymś, co mogłoby być lepsze od Ciebie, który jesteś najwyższym i najlepszym dobrem. Skoro jednak najprawdziwiej i najpewniej to, co niezniszczalne, jest lepsze od tego, co zniszczalne — jak już wówczas uważałem — to gdybyś nie był niezniszczalny, mógłbym myślą dojść do czegoś lepszego niż mój Bóg. Tam więc, gdzie dostrzegałem wyższość tego, co niezniszczalne, nad tym, co zniszczalne, powinienem był szukać Ciebie i tam rozważać, „w czym tkwi samo zło”; to znaczy, skąd pochodzi zniszczenie, które w żaden sposób nie może naruszyć Twojej substancji. Zniszczenie bowiem w żaden sposób nie narusza naszego Boga: ani wskutek czyjejkolwiek woli, ani z konieczności, ani przez nieprzewidziany przypadek. Jest On bowiem Bogiem, a to, czego chce, jest dobre, i On sam jest tym dobrem; podlegać zaś zniszczeniu nie jest rzeczą dobrą. Nie jesteś też wbrew swej woli do niczego zmuszony, skoro Twoja wola nie jest większa od Twojej mocy. Byłaby jednak większa, gdybyś Ty sam był większy od siebie samego. Wola bowiem i moc Boga są samym Bogiem. A cóż mogłoby być nieprzewidziane dla Ciebie, który wiesz wszystko? Nie ma też wśród rzeczy żadnej natury, której byś nie znał. I po cóż mielibyśmy jeszcze pytać, „dlaczego ta substancja, którą jest Bóg, nie miałaby podlegać zniszczeniu”, skoro gdyby mu podlegała, nie byłaby Bogiem?

Szukałem więc odpowiedzi na pytanie, „skąd pochodzi zło”, i szukałem jej w zły sposób, a nie dostrzegałem zła w samym moim poszukiwaniu. Postawiłem teraz przed oczyma mego ducha całe stworzenie: wszystko, co możemy w nim oglądać — morze, ziemię, powietrze, gwiazdy, drzewa, śmiertelne istoty — a także wszystko, czego w nim nie widzimy, jak sklepienie niebieskie, wszystkich aniołów i wszystkich jego duchowych mieszkańców. Lecz nawet te istoty moja wyobraźnia rozmieszczała w przestrzeni, jak gdyby były ciałami, i z całego Twego stworzenia uczyniłem jedną wielką masę, zróżnicowaną według rodzajów ciał: jedne były rzeczywistymi ciałami, inne zaś tym, co sam sobie wyobraziłem jako duchy. Masę tę uczyniłem ogromną, nie taką, jaka była naprawdę — czego nie mogłem wiedzieć — lecz taką, jaką uznałem za stosowną, jednak ze wszystkich stron ograniczoną. Ciebie zaś, Panie, wyobrażałem sobie jako otaczającego ją zewsząd i przenikającego, choć pod każdym względem nieskończonego. Jak gdyby wszędzie i ze wszystkich stron, w niezmierzonej przestrzeni rozciągało się morze, jedno jedyne bezkresne morze, a w nim znajdowała się gąbka, ogromna, lecz ograniczona; gąbka ta musiałaby we wszystkich swych częściach być napełniona wodą owego niezmierzonego morza. Tak pojmowałem Twoje stworzenie: samo w sobie skończone, a pełne Ciebie, Nieskończonego. I mówiłem: Oto Bóg, a oto to, co Bóg stworzył; Bóg zaś jest dobry, owszem, niezmiernie i nieporównanie lepszy od tego wszystkiego; jednak On, Dobry, stworzył te rzeczy dobrymi; i oto jak je otacza i wypełnia. Gdzie więc jest zło, skąd się wzięło i jak się tutaj wkradło? Jaki jest jego korzeń i jakie jego nasienie? A może wcale nie istnieje? Dlaczego zatem boimy się i unikamy czegoś, czego nie ma? Jeśli zaś lękamy się go bez powodu, to złem jest sam ten lęk, który tak bez powodu dręczy i męczy duszę. I jest on tym większym złem, że nie mamy się czego bać, a jednak się boimy. Albo więc złem jest to, czego się boimy, albo złem jest to, że się boimy. Skąd zatem ono pochodzi, skoro Bóg, Dobry, stworzył wszystkie te rzeczy dobrymi? On przecież, większe i najwyższe Dobro, stworzył te mniejsze dobra; a jednak zarówno Stwórca, jak i stworzenie — wszystko jest dobre. Skąd więc zło? A może istniała jakaś zła materia, z której uczynił, ukształtował i uporządkował stworzenie, pozostawiając w niej jednak coś, czego nie przemienił w dobro? Dlaczego jednak tak uczynił? Czyż nie miał mocy przemienić i przeobrazić wszystkiego tak, aby żadne zło w tym nie pozostało, skoro jest wszechmogący? Wreszcie, dlaczego w ogóle chciał coś z niej uczynić, zamiast tą samą wszechmocą sprawić, by w ogóle nie istniała? A może mogła wtedy istnieć wbrew Jego woli? Jeśli zaś istniała od wieczności, dlaczego pozwalał jej tak istnieć przez nieskończone okresy minionego czasu, a dopiero po tak długim czasie zechciał coś z niej uczynić? Jeśli zaś nagle zechciał teraz czegoś dokonać, to raczej tego powinien był dokonać Wszechmogący: aby ta zła materia nie istniała, a istniał tylko On, całe, prawdziwe, najwyższe i nieskończone Dobro. Jeśli zaś nie byłoby dobrze, aby On, będąc dobrym, nie ukształtował też i nie stworzył czegoś dobrego, to po usunięciu i unicestwieniu owej złej materii mógł ukształtować dobrą materię, z której stworzyłby wszystko. Nie byłby bowiem wszechmogący, gdyby nie mógł stworzyć czegoś dobrego bez pomocy tej materii, której sam nie stworzył. Takie myśli obracałem w moim nieszczęsnym sercu, przytłoczonym najbardziej dręczącymi troskami, w obawie, że umrę, zanim znajdę prawdę. A jednak wiara w Twego Chrystusa, naszego Pana i Zbawiciela, wyznawana w Kościele katolickim, była mocno zakorzeniona w moim sercu; wprawdzie pod wieloma względami pozostawała jeszcze nieukształtowana i chwiejna, odbiegając od reguły nauki, lecz mój umysł nie porzucił jej całkowicie, a raczej z każdym dniem coraz bardziej ją przyswajał.

W tym czasie odrzuciłem już także kłamliwe przepowiednie i bezbożne rojenia astrologów. Niech i za to, Boże mój, dzieła Twego miłosierdzia wysławiają Cię z samej głębi mojej duszy. Ty bowiem, Ty sam — któż inny odwołuje nas od śmierci wszelkich błędów, jeśli nie Życie, które umrzeć nie może, i Mądrość, która, nie potrzebując światła, oświeca umysły go potrzebujące i kieruje wszechświatem, aż po wirujące liście drzew? — Ty znalazłeś sposób na mój upór, z jakim przeciwstawiałem się Windycjanowi, przenikliwemu starcowi, i Nebrydiuszowi, młodzieńcowi o podziwu godnych zdolnościach. Pierwszy z nich stanowczo twierdził, drugi zaś często powtarzał, choć z pewnym wahaniem, „że nie istnieje żadna sztuka pozwalająca przewidywać przyszłość, lecz ludzkie domysły są czymś w rodzaju losowania i że spośród wielu rzeczy, które ludzie zapowiadają, niektóre rzeczywiście się zdarzają, choć sami mówiący o tym nie wiedzą, a trafiają na nie tylko dlatego, że tak wiele mówią”. Dałeś mi wtedy przyjaciela, który zasięgał porad astrologów nie od niechcenia; sam wprawdzie nie znał się dobrze na tych sztukach, lecz — jak już powiedziałem — z ciekawością szukał u nich rady. Wiedział jednak coś, o czym, jak mówił, słyszał od swego ojca, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo podważało to poważanie dla owej sztuki. Człowiek ten, imieniem Firminus, który otrzymał wszechstronne wykształcenie i dobrze znał retorykę, poradził się mnie jako kogoś bardzo mu bliskiego, co na podstawie tak zwanego układu gwiazd przy jego narodzinach sądzę o pewnych jego sprawach, z którymi wiązał coraz większe doczesne nadzieje. Ja zaś, choć w tej kwestii zaczynałem się już skłaniać ku zdaniu Nebrydiusza, nie odmówiłem całkiem snucia domysłów i powiedziałem mu to, co przychodziło mi na myśl, sam jeszcze nie będąc pewnym swego zdania. Dodałem jednak, że jestem już niemal przekonany, iż są to tylko puste i śmieszne niedorzeczności. Wówczas opowiedział mi, że jego ojciec bardzo interesował się takimi księgami i miał przyjaciela, który oddawał się im równie gorliwie jak on. Wspólnymi studiami i rozmowami podsycali płomień swego zamiłowania do tych błahostek, tak że obserwowali nawet chwile, w których rodziły nieme zwierzęta hodowane przy ich domach, a następnie badali wzajemne położenie ciał niebieskich, aby w ten sposób przeprowadzać nowe doświadczenia w tej tak zwanej sztuce. Powiedział więc, że słyszał od ojca, iż w czasie, gdy jego matka miała urodzić jego, Firminusa, pewna niewolnica owego przyjaciela ojca również była brzemienna. Nie mogło to ujść uwagi jej pana, który z największą skrupulatnością starał się znać nawet chwile narodzin swoich szczeniąt. I stało się tak, że obie kobiety urodziły w tej samej chwili, a obaj mężczyźni — jeden w odniesieniu do żony, drugi do niewolnicy — prowadzili najdokładniejsze obserwacje, licząc dni, godziny, a nawet mniejsze części godzin. Musieli więc obaj uznać, że układ gwiazd, aż do najdrobniejszych szczegółów, był taki sam: dla jednego przy narodzinach syna, dla drugiego przy narodzinach niewolnika. Gdy tylko bowiem kobiety zaczęły rodzić, każdy z nich powiadomił drugiego o tym, co dzieje się w jego domu; mieli też gotowych posłańców, których mieli wysłać do siebie nawzajem, gdy tylko dowiedzą się o samych narodzinach. Każdy z nich bez trudu zadbał u siebie o to, by natychmiast otrzymać tę wiadomość. Twierdził więc, że posłańcy obu stron spotkali się w miejscu tak jednakowo odległym od obu domów, iż żaden z ojców nie mógł dopatrzyć się jakiejkolwiek różnicy w położeniu gwiazd ani w żadnym innym, choćby najdrobniejszym szczególe. A jednak Firminus, urodzony w domu rodziców o wysokiej pozycji, przemierzał życie złoconymi ścieżkami, pomnażał bogactwa i dostąpił zaszczytów; ów niewolnik natomiast nadal służył swoim panom, a jego jarzmo w niczym nie zelżało, jak opowiadał mi Firminus, który go znał.

Gdy usłyszałem te rzeczy i dałem im wiarę, ponieważ opowiedział je człowiek tak wiarygodny, cały mój opór ustąpił. Najpierw starałem się odwieść samego Firminusa od tej ciekawości, mówiąc mu, że gdybym, badając układ gwiazd przy jego narodzinach, miał przepowiedzieć prawdę, powinienem był zobaczyć w nim rodziców wyróżniających się wśród sąsiadów, rodzinę znakomitą w swoim mieście, wysokie urodzenie, dobre wychowanie i wykształcenie w sztukach wyzwolonych. Gdyby zaś ów niewolnik poradził się mnie w sprawie tego samego układu gwiazd, bo przecież był on również jego układem, powinienem z kolei — aby i jemu powiedzieć prawdę — zobaczyć w nim najniższe pochodzenie, stan niewolniczy i wszystko inne całkowicie przeciwne temu, co dotyczyło Firminusa. Skoro zatem, mówiąc prawdę, musiałbym na podstawie tego samego układu gwiazd mówić różne rzeczy, a mówiąc to samo, musiałbym mówić nieprawdę, wynikało stąd z całą pewnością, że ilekroć na podstawie rozpatrywania układu gwiazd powiedziano prawdę, nie było to owocem sztuki, lecz przypadku; ilekroć zaś powiedziano nieprawdę, nie wynikało to z nieznajomości sztuki, lecz z tego, że przypadek nie dopisał.

Gdy w ten sposób otworzyła się przede mną droga, rozważałem w duchu podobne sprawy. Aby żaden z owych głupców (którzy utrzymywali się z takiego zajęcia, a których pragnąłem zaatakować i ośmieszyć, wykazując ich błędy) nie mógł mi zarzucić, że Firminus przekazał mi fałszywe wiadomości albo że jego ojciec wprowadził go w błąd, skierowałem myśli ku bliźniętom. Przychodzą one na świat zazwyczaj w tak niewielkim odstępie czasu, że tej krótkiej chwili (choćby ludzie przypisywali jej nie wiedzieć jak wielki wpływ na bieg rzeczy) nie sposób uchwycić ludzką obserwacją ani w ogóle wyrazić w owych wykresach, które astrolog ma badać, aby móc wypowiedzieć prawdziwą przepowiednię. A jednak przepowiednie te nie mogą być prawdziwe: patrząc bowiem na te same wykresy, musiałby przepowiedzieć to samo Ezawowi i Jakubowi, tymczasem nie spotkał ich ten sam los. Musi więc mówić fałszywie; jeśli zaś mówi prawdę, to patrząc na te same wykresy, nie może udzielić tej samej odpowiedzi. Nie dzięki swej sztuce zatem, lecz przez przypadek mówiłby prawdę. Ty bowiem, Panie, najsprawiedliwszy Władco wszechświata, bez wiedzy tych, którzy zasięgają rady, i tych, którzy jej udzielają, sprawiasz przez swe ukryte natchnienie, że pytający słyszy to, co stosownie do ukrytych zasług dusz powinien usłyszeć — z niezgłębionej otchłani Twego sprawiedliwego sądu. Niech nikt Ci nie mówi: „Cóż to jest? Dlaczego tak?”. Niech tak nie mówi, bo jest człowiekiem.

Już więc, mój Wspomożycielu, uwolniłeś mnie z tamtych więzów; szukałem jednak odpowiedzi na pytanie: „Skąd pochodzi zło?” i nie znajdowałem drogi. Lecz nie pozwoliłeś, aby jakiekolwiek wahania myśli odwiodły mnie od wiary, dzięki której wierzyłem, że istniejesz, że Twoja istota jest niezmienna, że troszczysz się o ludzi i będziesz ich sądził oraz że w Chrystusie, Twoim Synu, a naszym Panu, i w Piśmie Świętym, które powaga Twego Kościoła katolickiego usilnie mi zalecała, wytyczyłeś człowiekowi drogę zbawienia ku życiu, które nastąpi po tej śmierci. Gdy te prawdy trwały w moim umyśle bezpiecznie i niewzruszenie, niespokojnie szukałem odpowiedzi: „Skąd pochodzi zło?”. Jakże bolało moje brzemienne serce, jakież wydawało jęki, Boże mój! A jednak i tam Twoje uszy były otwarte, choć o tym nie wiedziałem; a gdy w milczeniu szukałem z całych sił, owe nieme udręki mojej duszy były donośnym wołaniem do Twego miłosierdzia. Ty wiedziałeś, co cierpię, a nie wiedział tego żaden człowiek. Czymże bowiem było to, co z owych cierpień sączyło się przez mój język do uszu najbliższych przyjaciół? Czy docierał do nich cały zamęt mojej duszy, na którego wyrażenie nie starczało ani czasu, ani słów? A jednak wszystko to docierało do Twego słuchu — wszystko, co wykrzykiwałem pośród jęków serca; i moje pragnienie było przed Tobą, a światła moich oczu nie było przy mnie: ono bowiem było wewnątrz, ja zaś na zewnątrz. Nie było też zamknięte w przestrzeni, ja natomiast skupiałem się na rzeczach zajmujących miejsce w przestrzeni, lecz nie znajdowałem w nich wytchnienia. Nie przyjmowały mnie tak, abym mógł powiedzieć: „Wystarczy”, „Jest dobrze”; a zarazem nie pozwalały mi zawrócić tam, gdzie mogłoby mi być naprawdę dobrze. Byłem bowiem wyższy od tych rzeczy, lecz niższy od Ciebie; i Ty jesteś moją prawdziwą radością, gdy jestem Ci poddany, a mnie poddałeś to, co stworzyłeś poniżej mnie. Na tym polegała właściwa równowaga i moje bezpieczne miejsce pośrodku: trwać na Twój obraz i służąc Tobie, panować nad ciałem. Lecz gdy w pysze powstałem przeciw Tobie i rzuciłem się na Pana z karkiem wyprostowanym, z grubymi guzami mojej tarczy, nawet te niższe rzeczy znalazły się nade mną i przygniotły mnie, a nigdzie nie było wytchnienia ani miejsca, by odetchnąć. Ze wszystkich stron stawały mi przed oczami tłumnie i gromadnie, a gdy chciałem powrócić do Ciebie, ich obrazy same, nieproszone, narzucały się moim myślom, jak gdyby mówiły: „Dokąd idziesz, niegodny i skalany?”. Wszystko to wyrosło z mojej rany; Ty bowiem „uniżyłeś pysznego jak człowieka zranionego”, a ja przez własne nadęcie oddzieliłem się od Ciebie; tak, moja twarz, nabrzmiała pychą, zamknęła mi oczy.

Ty jednak, Panie, trwasz na wieki, lecz nie na wieki gniewasz się na nas; litujesz się bowiem nad naszym prochem i popiołem i upodobałeś sobie naprawić moje zniekształcenia. Wewnętrznymi bodźcami pobudzałeś mnie, abym nie zaznał spokoju, dopóki nie ukażesz się mojemu wewnętrznemu spojrzeniu. Tak oto tajemna dłoń Twego leczenia uśmierzała moje nadęcie, a zmącony i przygasły wzrok mojego umysłu z dnia na dzień odzyskiwał zdrowie dzięki piekącym namaszczeniom zbawiennych cierpień.

A Ty, chcąc mi najpierw ukazać, jak sprzeciwiasz się pysznym, a pokornym dajesz łaskę, i jak wielkim aktem swego miłosierdzia wytyczyłeś ludziom drogę pokory przez to, że Twoje Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród ludzi — sprawiłeś, że za pośrednictwem człowieka nadętego najbardziej wynaturzoną pychą trafiły do mnie pewne księgi platoników, przełożone z greki na łacinę. Przeczytałem w nich, choć nie w tych samych słowach, lecz w dokładnie tym samym znaczeniu, popartym wieloma rozmaitymi argumentami, że na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo: Ono było na początku u Boga; wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało; to, co przez Nie powstało, jest życiem, a życie było światłością ludzi, a światłość świeci w ciemności i ciemność jej nie ogarnęła. I że dusza człowieka, choć daje świadectwo światłości, sama nie jest tą światłością; lecz Słowo Boga, będąc Bogiem, jest prawdziwą światłością, która oświeca każdego człowieka przychodzącego na świat. I że było na świecie, a świat przez Nie się stał, lecz świat Go nie poznał. Ale tego, że przyszło do swoich, a swoi Go nie przyjęli; że jednak wszystkim, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi — tym, którzy uwierzyli w Jego imię — tego tam nie przeczytałem.

Czytałem tam również, że Bóg-Słowo narodził się nie z ciała ani z krwi, ani z woli mężczyzny, ani z woli ciała, lecz z Boga. Ale tego, że Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas, tam nie przeczytałem. Odnalazłem bowiem w owych księgach wyrażaną na wiele różnych sposobów myśl, że Syn był w postaci Ojca i nie uważał za przywłaszczenie bycia równym Bogu, gdyż z natury był tej samej istoty. Ale tego, że ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi, a w zewnętrznej postaci uznany za człowieka, uniżył samego siebie i stał się posłuszny aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej; że dlatego Bóg wywyższył Go spośród umarłych i nadał Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich, ziemskich i podziemnych i aby wszelki język wyznał, że Pan Jezus Chrystus jest w chwale Boga Ojca — tego w owych księgach nie ma. Jest tam bowiem napisane, że przed wszelkim czasem i ponad wszelkim czasem Twój Jednorodzony Syn trwa niezmienny, współwieczny z Tobą, i że z Jego pełni dusze czerpią, aby osiągnąć szczęśliwość; i że przez uczestnictwo w mądrości, która w nich przebywa, odnawiają się, aby stać się mądrymi. Ale tego, że we właściwym czasie umarł za bezbożnych i że Ty nie oszczędziłeś swego Jedynego Syna, lecz wydałeś Go za nas wszystkich — tego tam nie ma. Zakryłeś bowiem te rzeczy przed mądrymi, a objawiłeś je prostaczkom, aby ci, którzy są utrudzeni i obciążeni, mogli przyjść do Niego, a On ich pokrzepił, bo jest cichy i pokornego serca; pokornych prowadzi ku sprawiedliwości, a łagodnych uczy swoich dróg, spoglądając na nasze uniżenie i utrapienie oraz odpuszczając wszystkie nasze grzechy. Lecz ci, którzy wynoszą się, krocząc wyniośle ścieżką jakiejś rzekomo wyższej wiedzy, nie słuchają Go, gdy mówi: Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Chociaż poznali Boga, nie oddają Mu jednak czci jako Bogu ani Mu nie dziękują, lecz stają się próżni w swoich myślach, a ich nierozumne serce pogrąża się w ciemności; podając się za mądrych, stali się głupimi.

I dlatego przeczytałem tam również, że zamienili chwałę Twojej niezniszczalnej natury na bożki i rozmaite kształty, na podobizny śmiertelnego człowieka, ptaków, zwierząt czworonożnych i płazów; mianowicie na ów egipski pokarm, za który Ezaw utracił swoje pierworództwo, gdyż Twój pierworodny lud zamiast Ciebie czcił głowę czworonożnego zwierzęcia, zwracając się sercem z powrotem ku Egiptowi i kłaniając Twój obraz — własną duszę — przed podobizną cielca jedzącego siano. To znalazłem w tych księgach, lecz nie karmiłem się tym. Spodobało Ci się bowiem, Panie, zdjąć z Jakuba hańbę poniżenia, aby starszy służył młodszemu; i powołałeś pogan do swego dziedzictwa. A ja przyszedłem do Ciebie spośród pogan i skupiłem myśl na złocie, które poleciłeś swemu ludowi zabrać z Egiptu, ponieważ należało do Ciebie, gdziekolwiek się znajdowało. I Ateńczykom powiedziałeś przez swego Apostoła, że w Tobie żyjemy, poruszamy się i jesteśmy, jak powiedział jeden z ich własnych poetów. I rzeczywiście stamtąd pochodziły te księgi. Lecz nie skupiłem myśli na bożkach Egiptu, którym służyli Twoim złotem ci, którzy prawdę Bożą zamienili w kłamstwo i oddawali cześć oraz służyli stworzeniu bardziej niż Stwórcy.

Wezwany stamtąd, by powrócić do siebie, wszedłem w głąb własnego wnętrza, a Ty byłeś moim Przewodnikiem. Mogłem to uczynić, bo stałeś się moim Wspomożycielem. Wszedłem i okiem mojej duszy — takim, jakie ono było — ujrzałem ponad tymże okiem mojej duszy, ponad moim umysłem, Światłość Niezmienną. Nie było to zwykłe światło, które może oglądać wszelkie ciało, ani jakby większe światło tego samego rodzaju, jak gdyby jego blask stał się wielokrotnie jaśniejszy i swoim ogromem wypełniał całą przestrzeń. Nie taka była ta Światłość, lecz inna, zaiste, zupełnie inna niż tamte. Nie była też ponad moją duszą tak, jak oliwa jest ponad wodą ani jak niebo ponad ziemią, lecz była ponad moją duszą, ponieważ mnie stworzyła, ja zaś byłem poniżej Niej, ponieważ zostałem przez Nią stworzony. Kto zna Prawdę, wie, czym jest ta Światłość, a kto Ją zna, zna wieczność. Miłość Ją zna. O Prawdo, która jesteś Wiecznością! I Miłości, która jesteś Prawdą! I Wieczności, która jesteś Miłością! Ty jesteś moim Bogiem, do Ciebie wzdycham dniem i nocą. Gdy po raz pierwszy Cię poznałem, podniosłeś mnie, abym ujrzał, że istnieje to, co mógłbym zobaczyć, i że ja nie jestem jeszcze zdolny tego zobaczyć. Odparłeś mój słaby wzrok, zsyłając na mnie z przemożną siłą promienie Twego światła, a ja zadrżałem z miłości i bojaźni. Spostrzegłem, że jestem daleko od Ciebie, w krainie niepodobieństwa, jakbym słyszał z wysoka Twój głos: „Jestem pokarmem dojrzałych; wzrastaj, a będziesz Mnie spożywać. Nie przemienisz Mnie jednak w siebie, jak pokarmu twego ciała, lecz ty zostaniesz przemieniony we Mnie”. I poznałem, że karcisz człowieka za nieprawość, i sprawiłeś, że moja dusza niszczała niczym pająk. Powiedziałem: „Czy zatem Prawda jest niczym, skoro nie rozciąga się w przestrzeni skończonej ani nieskończonej?”. A Ty zawołałeś do mnie z oddali: „Zaprawdę, JESTEM, KTÓRY JESTEM”. Usłyszałem tak, jak słyszy serce, i nie było już we mnie miejsca na zwątpienie; prędzej ogarnęłaby mnie wątpliwość, czy żyję, niż myśl, że nie istnieje Prawda, którą wyraźnie widać, gdy poznaje się Ją przez rzeczy stworzone. Spojrzałem na inne rzeczy, które są poniżej Ciebie, i pojąłem, że ani nie istnieją w pełni, ani nie są całkowicie pozbawione istnienia: istnieją bowiem, ponieważ pochodzą od Ciebie, a nie istnieją, ponieważ nie są tym, czym Ty jesteś. Prawdziwie bowiem istnieje to, co trwa niezmiennie. Dobrze jest mi zatem trwać przy Bogu, bo jeśli nie trwam w Nim, nie mogę trwać w sobie; On zaś, trwając w sobie, odnawia wszystko. Ty jesteś Panem, moim Bogiem, gdyż nie potrzebujesz mojej dobroci.

I stało się dla mnie jasne, że dobre są także te rzeczy, które ulegają zepsuciu. Nie mogłyby one ulegać zepsuciu ani gdyby były najwyższym dobrem, ani gdyby w ogóle nie były dobre: gdyby bowiem były najwyższym dobrem, byłyby niezniszczalne, a gdyby wcale nie były dobre, nie byłoby w nich niczego, co mogłoby ulec zepsuciu. Zepsucie bowiem wyrządza szkodę, lecz nie mogłoby jej wyrządzać, gdyby nie umniejszało dobra. Albo więc zepsucie nie wyrządza szkody — co jest niemożliwe — albo, co jest najzupełniej pewne, wszystko, co ulega zepsuciu, zostaje pozbawione jakiegoś dobra. Jeśli jednak rzeczy zostaną pozbawione wszelkiego dobra, przestaną istnieć. Gdyby bowiem nadal istniały, a nie mogły już ulegać zepsuciu, byłyby lepsze niż przedtem, ponieważ trwałyby jako niezniszczalne. A cóż bardziej niedorzecznego niż twierdzić, że rzeczy stają się lepsze przez utratę całego swego dobra? Jeśli zatem zostaną pozbawione wszelkiego dobra, nie będą już istnieć. Dopóki więc istnieją, są dobre; zatem wszystko, co istnieje, jest dobre. Owo zło, którego pochodzenia szukałem, nie jest więc żadną substancją; gdyby bowiem było substancją, byłoby dobre. Byłoby albo substancją niezniszczalną, a zatem dobrem najwyższym, albo substancją podlegającą zepsuciu, która nie mogłaby mu ulegać, gdyby nie była dobra. Pojąłem więc i stało się dla mnie jasne, że wszystko stworzyłeś jako dobre i że nie ma żadnej substancji, której byś nie stworzył. A ponieważ nie uczyniłeś wszystkich rzeczy równymi, istnieje cała ich różnorodność: każda z nich jest dobra, a wszystkie razem są bardzo dobre, gdyż nasz Bóg uczynił wszystko bardzo dobrym.

Dla Ciebie zaś nic zgoła nie jest złe; co więcej, nie tylko dla Ciebie, lecz także dla całego Twego stworzenia, ponieważ nie ma niczego na zewnątrz, co mogłoby wedrzeć się do niego i naruszyć porządek, który mu wyznaczyłeś. W poszczególnych jego częściach jednak pewne rzeczy uważa się za złe, ponieważ nie współbrzmią z innymi; tymczasem te same rzeczy współbrzmią z jeszcze innymi i są dobre, a także same w sobie są dobre. Wszystkie zaś rzeczy, które nie współbrzmią ze sobą, współbrzmią jednak z niższą częścią stworzenia, którą nazywamy ziemią i która ma własne, pochmurne i wietrzne niebo, pozostające z nią w harmonii. Daleki więc jestem od tego, by mówić: „Tych rzeczy nie powinno być”. Gdybym bowiem nie widział niczego poza nimi, tęskniłbym wprawdzie za lepszymi, lecz nawet za nie same musiałbym Cię wielbić. O tym bowiem, że należy Cię wielbić, świadczą z ziemi smoki i wszystkie głębiny, ogień, grad, śnieg, lód i wicher burzliwy, które wypełniają Twoje słowo; góry i wszystkie pagórki, drzewa owocowe i wszystkie cedry; dzikie zwierzęta i wszelkie bydło, istoty pełzające i ptactwo skrzydlate; królowie ziemi i wszystkie ludy, książęta i wszyscy sędziowie ziemi; młodzieńcy i dziewczęta, starcy i młodzi — niech wychwalają Twoje imię. Kiedy jednak z nieba wielbią Cię, wielbią Cię, Boże nasz, na wysokościach wszyscy Twoi aniołowie, wszystkie Twoje zastępy, słońce i księżyc, wszystkie gwiazdy i światło, niebiosa niebios i wody ponad niebiosami — niech wychwalają Twoje imię — nie tęskniłem już za rzeczami lepszymi, ponieważ ogarniałem myślą całość. I trafniej osądzając, pojmowałem, że rzeczy w górze są lepsze od tych w dole, lecz wszystkie razem są lepsze niż same tylko te w górze.

Nie ma zdrowego osądu w tych, którym nie podoba się cokolwiek z Twego stworzenia; nie było go też we mnie, gdy nie podobało mi się wiele z tego, co uczyniłeś. A ponieważ moja dusza nie śmiała być niezadowolona ze swego Boga, wolała nie uznawać za Twoje tego, co jej się nie podobało. Stąd popadła w przekonanie o istnieniu dwóch substancji i nie znajdowała spokoju, lecz oddawała się próżnej gadaninie. A powracając stamtąd, uczyniła sobie Boga rozciągającego się w nieskończoność po całej przestrzeni; sądziła, że to Ty, i umieściła go w swoim sercu. I znowu stała się świątynią własnego bożka, odrażającego dla Ciebie. Lecz gdy bez mojej wiedzy ukoiłeś moją głowę i zamknąłeś moje oczy, aby nie oglądały marności, po części przestałem być dawnym sobą, a moje szaleństwo zostało uśpione. I obudziłem się w Tobie, i ujrzałem Cię nieskończonego, lecz w inny sposób, a widzenie to nie pochodziło z ciała.

I znów spojrzałem na inne rzeczy; zobaczyłem, że Tobie zawdzięczają swoje istnienie i że wszystkie mają w Tobie swoje granice, lecz w inny sposób: nie tak, jakby znajdowały się w przestrzeni, ale dlatego, że wszystko zawierasz w swojej dłoni, w swojej Prawdzie. I wszystkie rzeczy są prawdziwe o tyle, o ile są; nie ma też żadnego fałszu, chyba że uznaje się za istniejące to, czego nie ma. I zobaczyłem, że wszystkie rzeczy pozostają w harmonii nie tylko ze swoimi miejscami, lecz także ze swoimi porami. I że Ty, który jedynie jesteś Wieczny, nie zacząłeś działać dopiero po upływie niezliczonych okresów czasu; wszystkie bowiem okresy czasu, zarówno te, które przeminęły, jak i te, które przeminą, nie odchodzą ani nie nadchodzą inaczej, jak tylko przez Ciebie, który działasz i trwasz.

I zrozumiałem, nie znajdując w tym nic dziwnego, że chleb, który smakuje zdrowemu podniebieniu, budzi odrazę w chorym, a światło razi chore oczy, choć zdrowym sprawia przyjemność. I Twoja sprawiedliwość nie podoba się niegodziwym; tym bardziej żmija i gady, które stworzyłeś jako dobre i które harmonizują z niższymi częściami Twego stworzenia. Z nimi też harmonizują sami niegodziwi, i to tym bardziej, im mniej są podobni do Ciebie; z wyższymi zaś stworzeniami harmonizują o tyle, o ile stają się bardziej podobni do Ciebie. I dociekałem, czym jest nieprawość, i odkryłem, że nie jest żadną substancją, lecz wypaczeniem woli, która odwraca się od Ciebie, Boże Najwyższy, ku tym niższym rzeczom, wyrzuca z siebie to, co ma w swym wnętrzu, i nadyma się na zewnątrz.

I dziwiłem się, że teraz kocham Ciebie, a nie jakieś wyobrażenie zamiast Ciebie. A jednak nie dążyłem wytrwale do tego, by radować się moim Bogiem; Twoje piękno unosiło mnie ku Tobie, lecz wkrótce własny ciężar ściągał mnie z dala od Ciebie i ze smutkiem pogrążałem się w tych niższych rzeczach. Tym ciężarem było cielesne przyzwyczajenie. Pozostawała jednak ze mną pamięć o Tobie; i w żaden sposób nie wątpiłem, że jest Ktoś, do kogo mógłbym przylgnąć, lecz że ja sam nie byłem jeszcze zdolny przylgnąć do Ciebie: ciało bowiem, które podlega zepsuciu, przygniata duszę, a ziemski przybytek obciąża umysł rozważający wiele spraw. Byłem też całkowicie pewien, że Twoje niewidzialne dzieła od stworzenia świata są wyraźnie widzialne, gdy poznaje się je poprzez rzeczy stworzone — także Twoja wiekuista potęga i Bóstwo. Badałem bowiem, skąd brało się to, że podziwiałem piękno ciał niebieskich czy ziemskich, i co pomagało mi trafnie osądzać rzeczy zmienne oraz orzekać: „To powinno być takie, a tamto nie”. Badając, powiadam, skąd brał się taki mój osąd, skoro istotnie tak osądzałem, odkryłem ponad moim zmiennym umysłem niezmienną i prawdziwą Wieczność Prawdy. I tak stopniowo przechodziłem od ciał do duszy, która postrzega za pośrednictwem zmysłów cielesnych; stamtąd zaś do jej wewnętrznej władzy, której zmysły cielesne przedstawiają rzeczy zewnętrzne i do której sięgają także zdolności zwierząt; a stamtąd z kolei do władzy rozumowania, której przedkłada się do osądu to, co zostało odebrane przez zmysły ciała. Ona zaś, odkrywając, że również we mnie jest czymś zmiennym, wzniosła się ku zrozumieniu samej siebie i wyrwała moje myśli spod władzy przyzwyczajenia, odsuwając się od owych tłumów sprzecznych wyobrażeń; chciała bowiem odkryć, czym było owo światło, którego rosa ją zraszała, gdy bez najmniejszej wątpliwości wołała: „Niezmienne należy przedkładać nad zmienne”. Chciała też odkryć, skąd znała Owo Niezmienne, którego gdyby w jakiś sposób nie znała, nie miałaby pewnej podstawy, by przedkładać je nad to, co zmienne. I tak w błysku jednego drżącego spojrzenia dotarła do TEGO, CO JEST. Wtedy ujrzałem to, co w Tobie niewidzialne, poznając to poprzez rzeczy stworzone. Nie mogłem jednak zatrzymać na tym wzroku; moja słabość została odparta i znów opadłem w dawne przyzwyczajenia, unosząc ze sobą jedynie pełne miłości wspomnienie oraz tęsknotę za tym, czego niejako poczułem woń, lecz czym nie potrafiłem się jeszcze karmić.

Szukałem więc sposobu, by zyskać siłę wystarczającą do radowania się Tobą; i nie znajdowałem go, dopóki nie objąłem owego Pośrednika między Bogiem a ludźmi, Człowieka, Chrystusa Jezusa, który jest ponad wszystkim, Boga błogosławionego na wieki. Wołał On do mnie i mówił: Ja jestem drogą, prawdą i życiem, i łączył z naszym ciałem ów pokarm, którego nie byłem zdolny przyjąć. Słowo bowiem stało się ciałem, aby Twoja mądrość, przez którą stworzyłeś wszystko, mogła dostarczyć mleka nam, będącym jeszcze niemowlętami. Nie trwałem bowiem przy moim Panu Jezusie Chrystusie — ja, uniżony, przy Nim, Pokornym; ani nie wiedziałem jeszcze, dokąd ma nas poprowadzić Jego słabość. Twoje Słowo bowiem, Wieczna Prawda, wyniesione wysoko ponad najwyższe części Twego stworzenia, podnosi ku sobie tych, którzy się uniżają; lecz na tym niższym świecie zbudowało sobie skromne mieszkanie z naszej gliny, aby tych, którzy zechcą się uniżyć, uwolnić od wyniosłości i przyciągnąć do siebie, uśmierzając ich pychę i rozpalając ich miłość. Uczyniło to po to, by nie polegali już dłużej na sobie, lecz raczej zgodzili się stać słabymi, widząc u swych stóp Bóstwo słabe przez przyobleczenie się w nasze skórzane odzienie; i by, znużeni, rzucili się ku Niemu, a Ono, powstając, podniosło ich wraz z sobą.

Lecz ja myślałem inaczej: pojmowałem mojego Pana Chrystusa jedynie jako człowieka o niezrównanej mądrości, któremu nikt nie mógł dorównać. Zwłaszcza że, cudownie narodzony z Dziewicy, zdawał mi się — stosownie do tego narodzenia, dzięki Bożej trosce o nas — obdarzony tak wielką powagą, aby dawać przykład wzgardy rzeczami doczesnymi dla osiągnięcia nieśmiertelności. Nie potrafiłem jednak nawet sobie wyobrazić, jaka tajemnica kryje się w słowach: „Słowo stało się ciałem”. Jedynie z tego, co przekazano nam o Nim na piśmie — że jadł i pił, spał, chodził, radował się w duchu, smucił się i przemawiał — dowiedziałem się, że nie samo tylko ciało złączyło się z Twoim Słowem, lecz ciało wraz z ludzką duszą i umysłem. Wiedzą o tym wszyscy, którzy znają niezmienność Twojego Słowa; ja także już ją wówczas znałem, na ile mogłem, i wcale w nią nie wątpiłem. Raz bowiem poruszać z własnej woli członkami ciała, a innym razem nimi nie poruszać, raz doznawać jakiegoś uczucia, a innym razem go nie doznawać, raz wypowiadać mądre zdania za pomocą ludzkich znaków, a innym razem milczeć — wszystko to jest właściwe duszy i umysłowi podlegającym zmianie. Gdyby zaś fałszywie napisano o Nim te rzeczy, również cała reszta byłaby narażona na zarzut fałszu, a w księgach tych nie pozostałaby dla ludzkości żadna zbawienna wiara. Skoro więc napisano je zgodnie z prawdą, uznawałem w Chrystusie pełnego człowieka: nie samo tylko ludzkie ciało ani ciało wraz z duszą zdolną do odczuwania, lecz pozbawioną rozumu, ale prawdziwego człowieka. Sądziłem, że należy Go stawiać ponad innymi nie tylko jako postać Prawdy, lecz także ze względu na szczególną wzniosłość Jego ludzkiej natury i doskonalszy udział w mądrości. Alipiusz natomiast wyobrażał sobie, że katolicy wierzą, iż Bóg tak przyoblekł się w ciało, że oprócz Boga i ciała nie było w Chrystusie żadnej duszy; nie sądził też, by przypisywano Mu ludzki umysł. Ponieważ zaś był głęboko przekonany, że opisane czyny Chrystusa mogła spełniać jedynie istota żywa i rozumna, tym wolniej zbliżał się do wiary chrześcijańskiej. Gdy jednak później zrozumiał, że był to błąd heretyków apolinarystów, uradował się wiarą katolicką i ją przyjął. Wyznaję jednak, że dopiero nieco później dowiedziałem się, jak w słowach „Słowo stało się ciałem” prawda katolicka różni się od fałszu Fotyna. Odrzucenie bowiem błędów heretyków sprawia, że nauka Twojego Kościoła i zdrowa doktryna ukazują się wyraźniej. Muszą bowiem być także herezje, aby wśród słabych ujawnili się ci, którzy wytrzymali próbę.

Przeczytawszy wówczas owe księgi platoników i nauczywszy się z nich poszukiwać prawdy niecielesnej, ujrzałem Twoje niewidzialne przymioty, poznawalne przez rzeczy stworzone. I choć zostałem odrzucony wstecz, pojąłem, czym było to, czego nie mogłem kontemplować z powodu ciemności mojego umysłu. Byłem pewien, „że istniejesz i jesteś nieskończony, a jednak nie rozciągasz się w przestrzeni, ani skończonej, ani nieskończonej; że prawdziwie jesteś Tym, który zawsze pozostaje ten sam, nie zmieniając się w żadnej części ani w żadnym poruszeniu; i że wszystkie inne rzeczy pochodzą od Ciebie, czego najpewniejszą podstawą jest już samo to, że istnieją”. Tego wszystkiego byłem pewien, lecz sam pozostawałem zbyt niepewny, by radować się Tobą. Rozprawiałem jak człowiek uczony; gdybym jednak nie szukał Twojej drogi w Chrystusie, naszym Zbawicielu, okazałbym się nie uczony, lecz zgubiony. Zacząłem już bowiem pragnąć uchodzić za mądrego i byłem przepełniony własną karą, a jednak nie płakałem, lecz raczej szydziłem, nadęty wiedzą. Gdzież bowiem była owa miłość, która buduje na fundamencie pokory, którym jest Jezus Chrystus? I kiedyż te księgi miałyby mnie jej nauczyć? Wierzę więc, że dlatego zechciałeś, abym natrafił na nie, zanim zacząłem zgłębiać Twoje Pisma: aby w mojej pamięci utrwaliło się to, jak na mnie wpłynęły, i abym później, gdy mój duch został poskromiony przez Twoje księgi, a moich ran dotknęły Twoje uzdrawiające palce, potrafił dostrzec i rozróżnić zarozumiałość i pokorne wyznanie; tych, którzy widzieli, dokąd należy iść, lecz nie widzieli drogi, i drogę, która prowadzi nie tylko do oglądania błogosławionej ojczyzny, lecz także do zamieszkania w niej. Gdybym bowiem najpierw został ukształtowany przez Twoje Pismo Święte i gdybyś dzięki zażyłemu obcowaniu z nim stał mi się słodki, a dopiero potem natrafiłbym na tamte księgi, być może oderwałyby mnie one od mocnego gruntu pobożności. Gdybym zaś wytrwał w owym zbawiennym usposobieniu, które zaczerpnąłem z Twoich Pism, mógłbym sądzić, że można je było osiągnąć przez samo studiowanie tamtych ksiąg.

Z największą więc gorliwością sięgnąłem po czcigodne pisma Twego Ducha, a przede wszystkim po Apostoła Pawła. Wówczas zniknęły trudności, przez które niegdyś zdawało mi się, że przeczy on sam sobie, a treść jego wywodów nie zgadza się ze świadectwami Prawa i Proroków. I ukazało mi się jedno i to samo oblicze owego czystego słowa; nauczyłem się też radować z drżeniem. Tak zacząłem czytać; i wszelką prawdę, którą przeczytałem w tamtych księgach, znalazłem tutaj pośród pochwał Twej łaski: aby ten, kto widzi, nie chlubił się tak, jakby nie otrzymał nie tylko tego, co widzi, lecz także samej zdolności widzenia (cóż bowiem ma, czego by nie otrzymał?); aby nie tylko został wezwany do oglądania Ciebie, który zawsze jesteś ten sam, lecz także uzdrowiony, by mógł Ciebie posiąść; i aby ten, kto nie potrafi widzieć z daleka, mógł jednak iść drogą, którą zdoła dojść do Ciebie, oglądać Cię i posiąść. Bo choć człowiek według człowieka wewnętrznego ma upodobanie w prawie Bożym, cóż ma począć z owym innym prawem w swoich członkach, które walczy z prawem jego umysłu i bierze go w niewolę prawa grzechu, tkwiącego w jego członkach? Ty bowiem jesteś sprawiedliwy, Panie, my zaś zgrzeszyliśmy, dopuściliśmy się nieprawości i postępowaliśmy niegodziwie; Twoja ręka zaciążyła nad nami i sprawiedliwie zostaliśmy wydani owemu odwiecznemu grzesznikowi, królowi śmierci, ponieważ nakłonił naszą wolę, by stała się podobna do jego woli, przez którą nie wytrwał w Twojej prawdzie. Cóż ma począć nieszczęsny człowiek? Któż go wyzwoli z ciała tej śmierci, jeśli nie sama Twoja łaska przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego, którego zrodziłeś jako współwiecznego Tobie i ukształtowałeś na początku Twych dróg, w którym książę tego świata nie znalazł nic godnego śmierci, a jednak Go zabił, i tak został wymazany obciążający nas zapis dłużny? Tego nie zawierają tamte pisma. Tamte karty nie ukazują obrazu tej pobożności, łez wyznania, ofiary dla Ciebie — ducha strapionego, serca złamanego i skruszonego — zbawienia ludu, Miasta-Oblubienicy, zadatku Ducha Świętego, Kielicha naszego Odkupienia. Nikt tam nie śpiewa: Czyż dusza moja nie będzie poddana Bogu? Od Niego bowiem pochodzi moje zbawienie. On bowiem jest moim Bogiem i moim zbawieniem, moim obrońcą; już się nie zachwieję. Nikt tam nie słyszy Jego wołania: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni jesteście. Gardzą uczeniem się od Niego, ponieważ jest cichy i pokornego serca; te rzeczy bowiem zakryłeś przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Czym innym jest bowiem z porośniętego gęstwiną szczytu góry widzieć krainę pokoju, a nie znajdować do niej drogi i na próżno próbować przedzierać się przez bezdroża, gdzie stawiają opór i czyhają zbiegowie i dezerterzy pod wodzą swego przywódcy, lwa i smoka; czym innym zaś trzymać się drogi, która tam prowadzi, strzeżonej przez zastępy niebiańskiego Wodza, gdzie nie grabią ci, którzy porzucili niebiańskie wojsko, gdyż unikają tej drogi jak istnej męczarni. Wszystko to w przedziwny sposób przenikało do głębi mego wnętrza, gdy czytałem owego najmniejszego z Twoich Apostołów, rozważałem Twoje dzieła i drżałem niezmiernie.

Spis treści

Udostępnij tę stronę: